Dziebałtów – 27.08.1944

Tablica  upamiętniająca wydarzenia  z 27.08.1944 - znajduje się na  terenie  kościoła  w Dziebałtowie. Foto. Radosław Nowek.
Tablica upamiętniająca wydarzenia z 27.08.1944 – znajduje się na terenie kościoła w Dziebałtowie. Foto. Radosław Nowek.

Od dawna wiedziałem o potyczce oddziału partyzanckiego z siłami Wehrmachtu w sierpniu 1944 roku, w pobliskim Dziebałtowie. Publikacje oraz przekazywane przez ludzi informacje nakreślały dwa różne obrazy tamtych wydarzeń. Postanowiłem spróbować uzyskać odpowiedzi na pojawiające się pytania. Ślady tamtych wydarzeń można jeszcze odnaleźć wśród opowieści najstarszych mieszkańców, a także na polach i w lesie. W latach 80., będąc na grzybach w okolicznych lasach, znalazłem hełm niemiecki. Wisiał nisko zawieszony na sęku olbrzymiej sosny. Hełm zarośnięty był runem leśnym i tylko przypadek sprawił, że go zauważyłem. Czy był na wyposażeniu żołnierza niemieckiej jednostki biorącej udział w walce o Dziebałtów? Być może, ale mógł również należeć do żołnierza z jednostki frontowej wycofującej się w styczniu 1945 roku. Chodząc po polach i lasach z wykrywaczem metalu natknąłem się na wiele pamiątek pochodzących z okresu okupacji: łuski od różnego rodzaju broni, odlew orzełka (niestety tylko połówka), prawdopodobnie wykonanego przez partyzanta, guziki niemieckie i polskie, odłamki granatów i inne części wyposażenia wojskowego. Mieszkańcy zainteresowani moimi poszukiwaniami opowiadali o czasach wojny.

Pani Marianna Kuleta: W sierpniu 1944, byłam jeszcze młodą panienką, miałam 13 lat. Dziebałtów k. Końskich. Foto. Radosław Nowek.
Pani Marianna Kuleta: W sierpniu 1944, byłam jeszcze młodą panienką, miałam 13 lat.
Dziebałtów k. Końskich. Foto. Radosław Nowek.

Relacja I – pani Marianna Kuleta:

– W sierpniu 1944, byłam jeszcze młodą panienką, miałam 13 lat i mieszkałam razem z rodzicami. Nasz dom stykał się prawie z domem cioci Frani. Przez okno w kuchni mama podawała sól bądź odbierała od cioci barszcz. Żyliśmy wszyscy razem bardzo rodzinnie, na dwóch podwórkach ale jak jedna wspólnota. W drugim domu mieszkała jeszcze córka cioci Frani – Wanda. Wanda była już mężatką, miała dwóch synków, a w tamtym czasie była w kolejnej ciąży, chyba w ósmym miesiącu. Kuzynka Wanda bardzo mnie lubiła, często pomagałam jej przy dzieciach, a jak byłam mała to ona mnie pilnowała. Mąż kuzynki był wtedy na robotach w Niemczech. Tak nadszedł ten feralny dzień sierpniowy. Nasz dom obrał sobie za kwaterę dowódca niemieckiej jednostki, ale nie wiem jak się nazywał i jaki miał stopień. Oprócz niego z Niemców był jeszcze jego adiutant i jeden żołnierz. Reszta wojska zamieszkiwała w całej wsi, zajmując kwatery u sąsiadów aż do domów w stronę Kazanowa. Niemcy ćwiczyli codziennie na polach obsługę armat. Nie strzelali, tylko załadowywali i rozładowywali, ustawiali urządzenia i samo działo. Niemiecki oficer był bardzo kulturalny i często dzielił się z nami porcjami jedzenia. Mama w zamian prała mu bieliznę. Mogę powiedzieć, że nie spotkało nas nic złego ze strony żołnierzy niemieckich.
Noc 27.VIII.1944, zapadła mi w pamięci na całe życie. Około 22.00 usłyszeliśmy strzały z okolic gdzie dziś stoi kościół; wtedy były tam pola i łąki. Po kilkunastu minutach strzały ucichły i ludzie wyszli na drogę. Usłyszeliśmy informację o ostrzelaniu przez bandę posterunku wartowniczego usytuowanego na krańcu wsi w stronę Wincentowa. Podobno kilku partyzantów prawie nadepnęło na niemieckich wartowników i po pierwszym zaskoczeniu rozpoczęli ostrzał. Chyba wtedy dwóch z naszych partyzantów zostało śmiertelnie rannych, a ich ciała zostały zabrane przez kolegów. Niemcy wzmocnili posterunki i rozesłali patrole na wszystkie drogi wylotowe. Ciężko było nam zasnąć po takich wrażeniach. Oficer, który mieszkał u nas siedział przy stole i pisał. W pewnym momencie, była chyba godzina 00.00, zobaczyłam jak ze ścian odrywają się kawałki tynku i pojawiają się tumany kurzu. Zaraz też usłyszałam serie wystrzałów i wybuchy granatów. Zgasła lampa naftowa, rzuciliśmy się na podłogę, a Niemiec wykrzykiwał krótkie rozkazy do swojego adiutanta. Przestali strzelać i żołnierze niemieccy wypadli z domu prosto na łąki za stodołą. Strzały słychać było jeszcze w oddali. Nagle powietrzem wstrząsnął wybuch. Reszta szyb wyleciała z futryn. W poświacie wybuchu zobaczyłam leżącą postać przy oknie. To była Wanda, moja kuzynka. Kiedy tu przyszła? Może źle się poczuła, może potrzebowała pomocy?
Z jej szyi wylewała się krew, a z ust usłyszałam ostatnie tchnienie. Byłam w szoku, wyczołgałam się z domu aby dostać się do stodoły, gdzie spali rodzice. Płakałam w ramię mojej matki mówiąc w kółko, że zabili Wandę i jej dziecko. Ciocia Frania siedziała na zapolu z chłopcami. Wypytywała o Wandę, nie wiedząc, że już nie żyje.
Usłyszeliśmy jeszcze dwa duże wybuchy i po jakiś 30 minutach wszystko ucichło. Po jakimś czasie od strony Wincentowa przyjechało kilka samochodów z żandarmami z Końskich. Rozłożyli po okolicy kilka karabinów maszynowych i szukali po domach, kto jest ranny czy zabity. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to wszystko odbyło się naprawdę, a ostrzelali nas polscy partyzanci. Zabili Wandę i podpalili kilka chałup, nie mogłam sobie tego poukładać w głowie.

Jan Jakubowski (z lewej) i Lucjan Łosiak pokazują mogiłę w  lesie. Dziebałtów k. Końskich. Foto. Radosław Nowek.
Jan Jakubowski (z lewej) i Lucjan Łosiak pokazują mogiłę w lesie. 
Dziebałtów k. Końskich. Foto. Radosław Nowek.

Relacja II – pan Jan Jakubowski

Miałem wtedy 9 lat, a pamiętam wszystko tak dokładnie, jakby się to wydarzyło dopiero tydzień temu. W naszym domu, od kilku dni zakwaterowani byli młodzi żołnierze niemieccy, którzy dzień w dzień ćwiczyli na naszych łąkach obsługę dział. Wśród tych kilku Niemców, mieszkało u nas dwóch Francuzów, którzy trzymali się razem. Mieli inne niż Niemcy naszywki na rękawach bluz mundurowych. Zbliżający się sierpniowy wieczór nie zapowiadał tak straszliwych wydarzeń. Najpierw, zaraz po zmierzchu wybuchło jakieś zamieszanie przy lesie. Potem poszedłem spać, wcześniej jednak zwróciłem uwagę na napięcie wśród kwaterujących u nas żołnierzy. Obudził mnie huk i ból w nodze. Krzyczałem i płakałem. Wokół słychać było tylko strzelaninę i odbłyski wybuchów granatów. Nie pamiętam ile to trwało, bo mdlałem i budziłem się z bólu. Oprzytomniałem na stole w stodole. Było bardzo jasno, a nade mną pochylał się jakiś człowiek w okularach. Nic mnie nie bolało, ale byłem bardzo słaby. Ten człowiek był niemieckim lekarzem, który przeprowadził na mnie operację, ratując mi życie. W pomieszczeniu, w którym spałem wybuchł granat, a odłamki wbiły się w nogę i w pierś. Ten drugi był niebezpiecznie blisko od serca. Po pewnym czasie zacząłem dochodzić do siebie, a na święta byłem już prawie zdrów. Okazało się, że nasz dom został chyba najbardziej ostrzelany przez oddział partyzantów. Na naszym podwórku leżało 9 ciał owiniętych w koce i przepasanych pasem. Wszyscy, to jest siedmiu Niemców i dwóch Francuzów pochowanych zostało tutaj, na naszym podwórku, w pobliżu dzisiejszego ogrodzenia. Po wojnie przyjechała taka ekipa od ekshumacji i zabrali jednego Francuza. Mieli dokładną mapkę z zaznaczoną lokalizacją grobu. Nie rozkopywali całej mogiły, tylko dokładnie znali miejsce, gdzie leżał żołnierz. Wyciągnęli szczątki owinięte w resztki koca i ułożyli we wcześniej przygotowanej trumnie. Był u nas taki jeden co to umiał po francusku, bo przed wojną pracował w kopalniach, we Francji. Poprosiłem go o tłumaczenie i spytałem co z resztą ciał? Odpowiedzieli, że mają zlecenie tylko na tego jednego.
– A czy oni nadal tutaj leżą ? Nigdy nikt się nie interesował tymi szczątkami?
– Tak, leżą sobie do dziś w tym miejscu. Jakoś nikogo z władz to nie interesowało, a mnie jakoś też nie przeszkadzają. Raz, kiedyś jak wkopywali słupy telefoniczne, to nie chciałem wpuścić, bo słup wychodził właśnie w środek mogiły. Jak wyjaśniłem tym robotnikom o co chodzi, odwiercili dziurę na słup dwa metry dalej bliżej rogu do płotu.
– A co pan sądzi o tej nocy 27.08.1944?
– To bardzo trudna sprawa, przez wiele lat nie rozmawiałem z nikim o swoich odczuciach dotyczących tych zdarzeń. Po wojnie, krążyło wiele różnych wersji o tej bitwie. Partyzanci pisali swoje, a my tutaj w Dziebałtowie wiedzieliśmy swoje. Ci, którzy ostrzelali wieś, to byli młodzi chłopcy, nie myślący o nas mieszkańcach. W wielu przypadkach byli pijani. Z dzisiejszej perspektywy patrzę na to inaczej. Czy oni mieli taki rozkaz, żeby zaatakować Dziebałtów? Czy dostawali przed walką alkohol, aby dodać sobie animuszu? Jak mówiłem, to byli młodzi ludzie, pragnęli walczyć i wsławić się w boju. Ale co z oficerami? Kto tak naprawdę wydał rozkaz i jak on brzmiał?
– A ilu zginęło tak naprawdę niemieckich żołnierzy ?
– Zginęło tylko tych dziewięciu, którzy pochowani są na moim podwórku, kilkunastu było rannych i odwieźli ich chyba do szpitala w Końskich. Lżej rannych opatrywał ten sam niemiecki lekarz, który i mnie operował.
– No tak, ale w publikacjach na temat tej potyczki podaje się około 40 – 60 zabitych żołnierzy Wehrmachtu.
– Nie, na pewno nie. To gdzie by byli proszę pana pochowani? Było tylko tych dziewięciu. Owszem jest jeszcze jedna nieoznakowana mogiła niemiecka, ale pochowanych tam jest osiemnastu zabitych w czasie odwrotu styczniowego w 1945 roku. Leżeli zabici na polach i przy lesie. Ludzie zebrali się i pochowali zwłoki w takim małym lasku, gdzie kiedyś wybierano piasek. Grób jest nieoznaczony, ale pokaże panu to miejsce.

Dziebałtów k. Końskich, miejsce pochowania 9 żołnierzy niemieckich na posesji Jana Jakubowskiego. Foto. Radosław Nowek.
Dziebałtów k. Końskich, miejsce pochowania 9 żołnierzy niemieckich na posesji Jana Jakubowskiego. Foto. Radosław Nowek.

Podjeżdżamy samochodem do lasu, po drodze zabierając jeszcze jednego seniora wioski, który brał udział w pochówku zabitych Niemców. Pan Lucjan Łosiak prowadzi nas przez duży las sosnowy. Razem z panem Jakubowskim pokazują mi nieoznakowane miejsce spoczynku Niemców. Pan Lucjan nie bardzo chce rozmawiać o wydarzeniach z sierpnia 1944 r., ma na ten temat swoje zdanie i nie chce się nim dzielić.

Henryk Grzegorczyk. Chciałem koniecznie dostać się do partyzantki, wykazać w boju i postrzelać. Dziebałtów k. Końskich. Foto. Radosław Nowek.
Henryk Grzegorczyk. Chciałem koniecznie dostać się do partyzantki, wykazać w boju i postrzelać. Dziebałtów k. Końskich. Foto. Radosław Nowek.

Relacja III – pan Henryk Grzegorczyk

W tamtym czasie młodość i energia rozpierała mnie na potęgę. Chciałem koniecznie dostać się do partyzantki, wykazać w boju i postrzelać. Ot taka młodzieńcza fantazja. Rzeczywistość okazała się inna. Byłem sprawdzany i wielokrotnie dawano mi do zrozumienia, że nie mają do mnie zaufania. Dostawałem najgorsze roboty i często popadałem w konflikt z podoficerem, moim bezpośrednim przełożonym. Powiem panu jedno, że do dziś nie wiem w jakiej ja byłem partyzantce. Czy to było AK, czy BCh czy NSZ? Naprawdę nie wiem. Pseudonimy były jak wszędzie: Kruk, Orzeł, Zemsta i tego typu. W pewnym, momencie za niewykonanie jakiegoś głupiego rozkazu chcieli mi wlepić baty wyciorem. Do tej chwili nawet nie dostałem broni. To przechyliło szalę i postanowiłem się wycofać. Ludzie mówią do dzisiaj, że nie byłem w partyzantce tylko w bandzie. Mój powrót do domu zbiegł się w ten feralny czas ataku naszych AK-owców na niemieckie haubice. Po odejściu (ucieczce ) z oddziału wróciłem do domu do rodzinnego Dziebałtowa. Jakieś dwieście od naszej chałupy stała haubica, a przy niej kręcił się żołnierz z karabinem. W naszym domu nie mieliśmy zakwaterowanych żołnierzy, gdyż nie mieliby się gdzie pomieścić. Leśnym z oddziału, w którym byłem nie przyznałem się, że mam broń. Przyniosłem i ukryłem karabin jeszcze we wrześniu 1939, z lasu z Kazanowa. Zabezpieczyłem broń w nafcie, okręciłem w płaszcz, taki gumowany, wojskowy i schowałem w stodole. Teraz bałem się, że Niemcy mogą go znaleźć i kombinowałem jak go wynieść i ukryć w lesie. Wciąż kręciły się patrole piesze i konne, a w nocy nie chciałem ryzykować, bo strzelali bez ostrzeżenia. Mauser został, ale później za niego musiałem odsiedzieć w wolnej już Polsce. Wracając do tamtego wieczora, usłyszałem na początek kilka serii z peemu oraz pojedynczych wystrzałów z pistoletu i karabinu. Na drodze zaroiło się od żołnierzy. Padały komendy po niemiecku, po czym wszystko ucichło. W nocy, w naszą chałupę targnęło uderzenie fali, od wybuchu, poleciały szyby, a także oderwało narożnik szczytu dachu krytego słomą. W dziurze po oknie zobaczyłem łunę od pożaru. Wybiegłem z rodzicami z domu, w poświacie ognia widziałem rozwaloną lufę wielkiej haubicy. Płonęły zabudowania sąsiadów po drugiej stronie drogi. Niżej od nas, w stronę Sielpi widać było wymianę ognia. Smugi po pociskach i ogniki wystrzałów zdradzały stanowiska żołnierzy. Niemcy kazali się nam schować. Na podwórku rósł wielki kasztan i to za jego pniem kucnęliśmy z rodziną.

Tablica  upamiętniająca wydarzenia  z 27.08.1944 - zbliżenie. Foto. Radosław Nowek.
Tablica upamiętniająca wydarzenia z 27.08.1944 – zbliżenie. 
Foto. Radosław Nowek.

Pozwolę sobie tutaj na pokazanie relacji jednego z partyzantów biorących udział w bitwie Dziebałtowskiej – tekst pochodzi z artykułu pana Piotra Rachtana pt. 1944 Burza Świętokrzyska

Halny: droga znad Pilicy
 Byliśmy wtedy z „Nurtem” bardzo blisko. Pamiętam jedno z działań zaczepnych: stoimy pod Końskimi, jest druga połowa sierpnia, wracamy znad Pilicy, ludzie są rozgoryczeni, powstanie w Warszawie trwa, a my przygotowani, nakręceni, chcemy walczyć. Wojsko – 6 tysięcy ludzi – rozchodzi się powoli. Ja mam drużynę świetnie uzbrojoną. Jest nas 11 i mamy 3 rkm, trzy pistolety maszynowe, każdy ma po gamonie przeciwczołgowym. Cały batalion „Nurta” był uzbrojony podobnie. 
Miałem z „Nurtem” taką osobistą historię: byłem plutonowym, pełniłem służbę podoficera dyżurnego, wchodzę na kwaterę „Nurta” i melduję mu gotowość oddziału do przeglądu. „Nurt” nie wie co robić, bo w głębi siedzi ktoś inny i mówi:
– „Halny”, ale tu pułkownik…
A ja na to: 

– To mnie nie obchodzi, pan jest komendantem.
 Zrobiono nam zbiórkę, cały batalion stanął w czworoboku na polanie. Wyszedł jakiś pułkownik, (później dowiedziałem się, że to by ppłk. „Kruk”) „Nurt” mu zameldował batalion, a pułkownik do nas przemówił. Mówił o sytuacji z punktu widzenia dowództwa. Że Pilica jest nie do przejścia, Niemcy ustawili artylerię, przeciwko której nasze rkm nic nie mogłyby zdziałać. Ale nastroje były takie, że trzeba było je rozładować. 50 ochotników poszło wtedy na wieś Dziebałtów, gdzie miała stać lekka artyleria. Atak poprowadził kapitan „Tarnina” z 2 batalionu. Nas „Szortów” było chyba ze dwie drużyny. Wchodzimy do pierwszych chałup, podobno Niemcy nie mieli ubezpieczenia, jednak z głębokiego rowu podniósł się zaspany żołnierz i wtedy „Bat” skosił go serią z rkm.
i zaczęła się strzelanina. „Szorta”, gdy podchodził do jednej z chałup, złapał z tyłu Niemiec. „Szort” schylił się i ze swojego Thompsona strzelił między swoimi nogami Niemcowi w krocze. 
Nasz oficer informacyjny „Roman” (Stanisław Schwarc-Bronikowski), którego nazywaliśmy Goebbelsem. został bez broni, bo wypadł mu magazynek od empi. W bitwie zginął jeden nasz żołnierz – „Wisłok”, ranny został „Dzium”. Żadnej artylerii tam nie było, tylko trzy haubice, które zniszczyliśmy.
 Za tę bitwę podano nas do Krzyża Walecznych.

Jeszcze jeden fragment relacji z tamtych wydarzeń w publikacji Cezarego Chlebowskiego: Reportaż z tamtych dni

Idziemy na Dziebałtów. Wywiad doniósł, że kwateruje tam baon artylerii niemieckiej, podobno lekkie działa – relacjonuje swoim „Halny”. Niestety, dokładne miejsce ulokowania dział, ani siła nieprzyjaciela nie są znane. Zresztą działami zajmą się inni. Patrzcie tu na mapę – brudnym paluchem dziobie w miejsce, gdzie kończy się kolor zielony, który oznacza lasy, a małe gęste punkciki zdobi napis „Dziebałtów”. My obchodzimy wieś od zachodu i rolujemy po cichu przysiółek odchodzący od Dziebałtowa w bok. Tam podobno Niemców nie ma.
– A jak będą ? – pyta nerwowo młody „Kniaź” – Stanisław Alkiewicz.

– To wybijemy granatami w chałupach.

– Granatami? Przecież tam są gospodarze, Polacy.

 Zapada cisza. Nikt nie znajduje odpowiedzi na to pytanie. Wreszcie „Halny” decyduje się przerwać milczenie.


– To jest wojna. A zresztą na pewno w izbach gdzie są Niemcy, Polacy nie będą spali – mówi to wbrew sobie, bo wie, że granat obronny wrzucony do izby rozwali drewniane przepierzenie i poszatkuje wszystko. Ale co ma powiedzieć? Taki rozkaz.

Żołnierz wie tylko część prawdy, drugą część znają jego zwierzchnicy. A jest ona także pełna niedomówień. Decyzję uderzenia na Dziebałtów podjął tego dnia rano płk „Lin” (Antoni Żółkiewski) z dwóch powodów: celem podreperowania morale wojska, po nieprzychylnie przyjętej decyzji odwrotu z marszu na Warszawę, oraz aby zdobyć działa, które miały być przydatne w dalszych akcjach w ramach planu „Burza”. W planie tym przewidywano także uderzenia na Kielce i Radom. W południe, gdy na odprawie dowódców batalionów przedstawiono plan i zlecono początkowo do wykonania batalionowi „Nurta” pod jego bezpośrednim dowództwem, tan, zorientowawszy się, że rozpoznanie jest bardzo mgliste, wypowiedział się przeciwko akcji, nie wróżąc jej powodzenia. Ponieważ nie wszyscy podzielali jego zastrzeżenia, postanowiono uderzyć na Dziebałtów specjalnie stworzoną grupą między batalionową, nad którą komendę powierzono dowódcy II batalionu z 2 pułku piechoty legionowej, kpt. „Tarninie” – Tadeuszowi Pytlakowskiemu.

Mam nadzieję, że udało mi się chociaż w małym stopniu przybliżyć problem akcji partyzanckich widzianych z trzeciej strony, to znaczy okiem cywilów. Wśród działań grup podziemia niepodległościowego znamy przypadki represji okupantów wobec ludności cywilnej, czy strat ludności podczas walk, Powstania Warszawskiego i różnych akcji dywersyjnych. Każda wojna, czy konflikt zbrojny niesie za sobą ryzyko niewinnych ofiar. Nie bądźmy surowi w ocenie relacji świadków tych wydarzeń, oni tak to zapamiętali i tak to przeżywali.

Radosław Nowek