80 lat temu Niemcy deportowali koneckich Żydów do obozu zagłady

Marian Chochowski – wspomnienia mojej mamy

Deportacja koneckich Żydów do obozu zagłady – listopad 1942 

Ulica Warszawska wyróżniała się spośród innych ulic w mieście chyba tylko tym, że po jej zachodniej stronie ponad dachami parterowych budynków chederu (szkoły żydowskiej) i mykwy, górowała sylwetka drewnianej synagogi. Jej duże okna wpatrywały się w ubogą dzielnicę żydowską zwaną w języku jidysz – sztetl. Przechodząc obok ulicą nie sposób było pominąć ją wzrokiem, tym bardziej, że poza nią nie było wokół nic godnego uwagi. Oprócz kilku piętrowych kamienic cała reszta zabudowań to były biedne parterowe domy o szarych ścianach i zniszczonym tynku. Ich okna, często wypaczone ze starości, zakrywały wieczorami okiennice, a skrzypiące drewniane bramy broniły wstępu na podwórza. Brukowana wyboista jezdnia biegła po pochyłości w dół i nagle skręcała za rogiem budynku mykwy, gdzie łączyła się z ulicą Nowy Świat i kończyła swój bieg. Wydawało mi się, że przywrócone na chwilę obrazy z przeszłości we wspomnieniach mojej mamy przedstawiały brodate nieruchome ludzkie postaci. Zastygłe w bezruchu w różnych pozach, ubrane często w czarne długie chałaty i dziwne nakrycia głowy, wyróżniające się swoim strojem od pozostałych przechodniów. Jednak po chwili cały ten widok zdawał się znikać z mej wyobraźni podsycanej wspomnieniami mamy, które w barwny sposób przedstawiały jedną z ulic dzielnicy żydowskiej. Szukałem wzrokiem jej dawnych śladów rozglądając się wkoło, ale tylko mury mykwy, pozbawione dachu, sterczały jeszcze naprzeciw naszego domu i wypalone zgliszcza chederu przy ulicy Warszawskiej raziły swoim wyglądem. Wpatrywałem się też w miejsce gdzie stał dom, w którym mieszkaliśmy wcześniej, a którego obecnie już nie ma. Był to stary parterowy drewniak – wspominała mama – opustoszały po wysiedlonej z niego rodzinie żydowskiej. Straszył nas początkowo swoim biednym wyglądem, w którym niska, ciemna sień wybrukowana kamieniami prowadziła do pustych pomieszczeń wewnątrz budynku. Czuć było w nich wilgocią z zagrzybionych ścian, a skrzypiąca podłoga uginała się tak, jakby za chwilę miała się zarwać pod nogami domowników.

Pamiętam, że mama wspominała o nim niechętnie, z dużym smutkiem w oczach, bo kojarzył się jej z przykrymi zdarzeniami, które boleśnie dotknęły naszą rodzinę. W tym domu, pewnego dnia nad ranem, Niemcy aresztowali tatę. Widziałem często mamę siedzącą przy oknie. Pod wpływem wspomnień twarz jej przybierała wyraz głębokiego smutku, a oczy zachodziły mgłą wzruszenia. Trwało to nieraz dłuższą chwilę, zanim spróbowała odezwać się do mnie.

W czasie, kiedy mieszkaliśmy przy ulicy Jatkowej – mówiła mama Niemcy utworzyli w Końskich zamknięte getto dla ludności żydowskiej. Częstym widokiem były wtedy ich przeprowadzki do wyznaczonych rejonów w centrum miasta. Patrzyłam jak przewozili swój dobytek no furmankach, wózkach lub dźwigali toboły i walizy w rękach. Widok był smutny. W grupach przesiedleńców widziałam kobiety z dziećmi i ludzi w podeszłym wieku. W krótkim czasie po wschodniej stronie ulicy Józefa Piłsudskiego (Warszawska) rozpoczęto wznoszenie ogrodzenia. Widać było jak młodzi Żydzi pod nadzorem policjantów żydowskich wkopywali wzdłuż chodnika drewniane słupy, a po kilku dniach rozciągnęli na nich nowe kolczaste druty. W ogrodzeniu tym zrobiono furtkę, aby umożliwić Żydom dostęp do studni naprzeciw naszego domu. Starymi zardzewiałymi drutami kolczastymi odgrodzono też płoty i bramy po zewnętrznych granicach getta. W miarę jak mama snuła swoje wspomnienia wydawało mi się, że przenoszę się w tamten świat pełen niesamowitych zdarzeń z sąsiedniej ulicy znikają obecne domy, w ich miejscu widzę stare budynki z zasłoniętymi oknami, odgrodzone od jezdni rzędem drewnianych słupów z rozpiętymi na nich drutami kolczastymi. Przy ścianach przeciskają się do studni przed naszym domem ludzie z wiadrami po wodę. Każdy z nich oznaczony jest na przedramieniu białej opaską z gwiazda Dawida. Przechodzą przez furtkę w ogrodzeniu – jest wśród nich mała dziewczynka, która rozgląda się i patrzy no przejeżdżającą obok furmankę wyładowaną ziemniakami. Być może litościwy woźnica spostrzegł ją, bo ukradkiem strącił kilka z nich na jezdnię. Potoczyły się po bruku powodując radość dziecka, które błyskawicznie podbiegło i zbierało je z rynsztoka. Jednak spostrzegł to żandarm niemiecki stojący z dużym psem w pobliżu mykwy. Za chwilę spuszczone ze smyczy zwierzę rzuciło się na dziewczynkę, a ulicę wypełniły krzyki rozszarpywanego dziecka.

Patrzę w to miejsce, na ten fragment chodnika i jezdni u zbiegu ulic Warszawskiej i Spółdzielczej, jak prawie wszystko zmieniło się dokoła. Nie ma już studni – widać tam teraz klomb obsadzony bratkami. Jest tylko chodnik w tym samym miejscu co dawniej. W wyobraźni widzę na nim ogrodzenie z drutów kolczastych i furtkę, przez którą wolno było przechodzić Żydom po wodę. Zniknęły wszelkie ślady po tragicznej przeszłości ludzi, którzy tu żyli i mieszkali. Tylko wystające z ziemi kamienie na pustym narożnym placu świadczą, że stały tu dawniej budynki getta, a pod ściana jednego z nich rozstrzelano młodych ludzi.

Smutne opowieści mamy nastrajały moją wyobraźnię do granic, z których trudno było przejść do rzeczywistości. Patrzyłem na ukośną blaszkę na futrynie drzwi wejściowych do naszego mieszkania, nie wiedząc wtedy, że to tzw. mezuza, którą każdy Żyd dotyka i całuje przed wejściem do domu. Widziałem, że na tyle naszego podwórka płot opleciony jest kolczastym drutem, a dom w którym mieszkamy też był częścią getta.

W czasie kiedy mama zajęta była swoimi sprawami ja zajmowałem jej ulubione miejsce na kozetce przy oknie i błądziłem wzrokiem po okolicy. Spoglądałem na zapadający zmierzch, w którym zanurzały się budynki i światła miasta. Wpatrywałem się w domy, które już obecnie nie istnieje. Na chodniku, przy którym stało ogrodzenie getta, robiliśmy z kolegami po wojnie długie ślizgawki (nie odgarniano wtedy śniegu z chodników).

Zajęta kłopotami dnia codziennego mama długo nie powracała do swych wspomnień, aż pewnego razu wyżaliła się do mnie: 

„Ty nie wiesz synku w jak trudnej sytuacji znaleźliśmy się po aresztowaniu taty. Początkowo sprzedawałam z domu wszystko cokolwiek miało jakąś wartość, za co mogłam kupić żywność, ale po pewnym czasie już nie było co sprzedać, widmo głodu stawało się coraz bardziej realne. W tej sytuacji zdarzyło się coś, co być może uratowało nam życie. Do studni przed naszym domem mieli dostęp także Żydzi z getta poprzez furtkę w ogrodzeniu. Pewnego dnia jeden z nich, starszy człowiek o imieniu Mosze zaproponował, abym za pewne rzeczy, w tym materiały pościelowe, kupowała żywność. Wynosił je w wiadrze, a ja za nie kupowałam żywność po okolicznych wsiach. Wymiany dokonywałam przy studni zamieniając się z nim wiadrami. Groziła wtedy za to kara śmierci, ale nie miałam innego wyjścia, abyśmy z tobą mogli przeżyć. Dzięki temu przetrwaliśmy najtrudniejszy okres w czasie okupacji”.

Słuchając opowieści mamy wpatrywałem się w tę studnię – wprawdzie w tej chwili nie było przy niej tłoku i tylko od czasu do czasu ktoś obracał jej kołami, aby napompować wodę do wiaderka, ale ja wyobrażałem sobie przy niej grupę ludzi z getta i moją mamę wśród nich, jak dokonuje wymiany z handlarzem ryb, starym Mosze, jak z przestrachem rozgląda się czy w pobliżu nie ma żandarma i szybko wraca do domu. Takie i inne obrazy snuły się przed moimi oczami w miarę jak mama wspominała zdarzenia, które najbardziej utkwiły jej w pamięci. 

Nie ma już handlarza ryb starego Mosze, nie mamy możliwości mu podziękować, odszedł wraz ze wszystkimi mieszkańcami tej ulicy podczas likwidacji getta.

Powoli powracam do rzeczywistości, jakby z dalekiej wędrówki po krainie opowieści mamy, spostrzegam pogrążone w uśpieniu wnętrze naszego mieszkania, zakłócone tylko tykaniem wielkiego budzika z pękniętą szybką na białej tarczy, stojącego na odrapanej z farby szafce przy łóżku mamy, W przeraźliwej ciszy tykanie tego starego zegara odbijało się od niebieskiego sufitu jak od nieba, spadało w dół i spacerowało po mieszkaniu miarowym, kulejącym krokiem drażniąc nasze uszy. Pomimo tego, że często zmęczony zatrzymywał się aby odpocząć, mama lubiła go, podkładała mu wtedy pod jedną nogę podkładkę, a gdy stał trochę pochylony nakręcała mocno sprężynę i ustawiała wskazówki według zegara na kościelnej wieży. Jego chromy chód uspokajał ją i kołysał zmęczoną całodzienną pracą do snu. Ogień w piecyku dogasał, a na dworze zapadał zmrok. Wątłe światło żarówki u sufitu rozświetlało wnętrze naszego mieszkania i mamę klęczącą przed świętym obrazem w modlitewnym skupieniu.

Dopiero po pewnym czasie mama powróciła do dalszych wspomnień z wydarzeń, których była świadkiem. Wtedy głos jej się zmienił, mówiła cicho, przerywając często ze wzruszenia.

„Był początek listopada 1942 roku – mówiła – Dzień Zaduszny, kiedy ludzie udawali się na cmentarz za miastem zapalić świece i pomodlić się na grobach swoich zmarłych. Trzeba było się jednak spieszyć, bo dzień był krótki i wieczorem obowiązywała godzina policyjna. Pamiętam, że krążyły już pogłoski, iż Niemcy mają zlikwidować getto. Modlący się stary Żyd w oknie po przeciwnej stronie ulicy zdjął szal modlitewny z głowy i odezwał się do mnie: Pani, oni nas wszystkich zabiją – ja to wiem, tak jest napisane, ale po nas oni będą mordować was”. 

Nie wierzyłam w te słowa, bo mieliśmy nadzieję, że Niemcy w końcu przegrają wojnę. Noc wydawała się długa, kiedy około piątej nad ranem obudził nas ruch na ulicy, bieganina, tupot podkutych butów, krzyki w języku niemieckim i ujadanie psów. Wyjrzałam spoza zasłonki w oknie na ulicę – wzdłuż niej stoły posterunki Ukraińców i Łotyszów z bronią, a pomiędzy ogrodzeniem z drutów biegli policjanci żydowscy krzycząc coś i waląc kijami w okiennice i drzwi domów. Pootwierano też wszystkie dotychczas zamknięte bramy kilku piętrowych kamienic. Na dworze zaczęło się rozwidniać, mogłam teraz objąć wzrokiem całą ulicę Warszawską, Zobaczyłam jak po pewnym czasie z domów w getcie policjanci żydowscy wypędzają ludzi, niektórym starszym pomagają wyjść i ustawiają ich na jezdni w kolumnie piątkowej Słychać było zewsząd ludzkie krzyki, płacz, nawoływania, wrzaski żandarmów, Ukraińców i Łotyszów. Było chyba około dziewiątej rano, kiedy Niemcy wydali rozkaz do wymarszu i kolumna Żydów ruszyła. Na czele widziałam kobiety z małymi dziećmi na rękach, zawiniętymi w poduszki, za nimi osoby w różnym wieku, przeważnie ludzi starszych niosących podręczne bagaże, a niektórzy nieśli butelki z wodą. Przechodzili obok naszych okien. Widać było na przerażonych twarzach rozpacz i przygnębienie. Ciemne chmury nad miastem i padający drobny deszcz dopełniał grozę tego widoku. Powoli oddalające się szeregi znikały w perspektywie ulicy. Pozostały puste domy, szeroko otwarte drzwi i okno. Wokół panowała przeraźliwa pustka i cisza. Gdzieś po jezdni wiatr rozniósł pierze z rozprutej poduszki, które unosiło się w powietrzu i osiadło na mokrym bruku. Cisza trwała do południa kiedy około godziny 14 usłyszeliśmy huk wystrzałów. To powrócili ze stacji kolejowej Niemcy i rozpoczęli przeszukiwanie getta od piwnic do strychów. Każdego z tych, którzy nie wyszli z domów i ukrywali się, mordowano na miejscu. Tam akcję przeprowadzali Ukraińcy i Łotysze z Sonderkommando pod kierunkiem Niemców. Rozpoczęto polowanie na ukrywających się Żydów. Co pewien czas słychać było suche wystrzały, które zbliżały się. W pewnym momencie ukryta w oknie za zasłonką zobaczyłam jak z ulicy Piotrkowskiej (obecnie ulica Józefo Piłsudskiego) w ulicę Warszawską wtaczano dwa duże drabiniaste wozy o wysokich burtach. Ciągnęli je i pchali rozebrani do koszul Żydzi, po dwóch z przodu za dyszle i po kilku z tyłu. Wozy zatrzymywano co kilkanaście metrów na jezdni. Do domów wpadali Ukraińcy, po chwili słychać było strzały i żydowscy tragarze zwłok wynosili ciała zabitych. Dwóch trzymało za ręce a trzeci za nogi, inni wynosili pomordowanych w kapach z łóżek i prześcieradłach. Układano ich na wozach twarzami do ziemi, jednego na drugim. Wśród zabitych było wielu ludzi starszych i chorych, którzy nie byli zdolni do transportu i woleli umrzeć w domu. Patrzyłam jak trwało mordowanie Żydów w budynkach po stronie zachodniej, po czym oprawcy przeszli na drugą stronę ulicy. W mieszkaniu, w pobliżu naszego domu, naprzeciw mykwy znaleźli w łóżku chorą kobietę po porodzie – zastrzelili ją, a dziecko wyrzucili wraz z plecionym łóżeczkiem no ulicę. Widziałam jak z domu naprzeciwko nas wyprowadził kilku młodych Żydów. Postawili ich pod ściana i na moich oczach zastrzelili. Po chwili już ich ciała wlekli tragarze zwłok i wrzucali na wozy. Wozy te przepychano tuż obok naszego domu, na pierwszym z nich było pełno zwłok, na drugim trochę mniej. Żydzi z wielkim wysiłkiem pchali je i skręcili w ulicę Nowy Świat prowadząca na kirkut za miastem. Zwisające po obu stronach burt ręce pomordowanych poruszały się rozkołysane nierównościami jezdni Pod drugim wozem wlokło się okrwawione prześcieradło, a spływająca ze zwłok krew znaczyła czerwonymi śladami bruk ulicy.

Minęło około trzech tygodni, po których byłam jeszcze świadkiem dramatycznego wydarzenia na ulicy Warszawskiej, Przechadzce chodnikiem po zachodniej stronie jezdni obok wypalonych zgliszcz chederu zobaczyłam po przeciwnej stronie ulicy przy domu nr 8 Libermana Ałtera, niemieckiego żandarma trzymającego za ramię żydowskiego chłopca. Dziecko miało prawdopodobnie około sześciu lat, stało trzęsąc się i płacząc z przerażenia. Ja i wszyscy, którzy w tym czasie przechodzili ulicą zatrzymali się patrząc ze ściśniętym sercem jak żandarm wyjął z kabury broń i mierzył w główkę dziecka. Pistolet jednak się zaciął, Niemiec próbował usunąć zacięcie, jednak broń i następnym razem nie wypaliła. Zdenerwowany krzyczał na ludzi po czym wepchnął dziecko w podwórko (obecnie wjazd pomiędzy domami numer 10 i 12) skąd po chwili usłyszeliśmy odgłos wystrzału. W kilka dni po tym tragicznym wydarzeniu wykryto w piwnicach budynku Dwojry Kronenblum pod numerem 4 ukrywających się około dziesięciu młodych Żydów. Żandarmi wyprowadzili ich na zewnątrz i mimo tego, że było zimno i padał drobny śnieg nakazali wszystkim zdjąć wierzchnie odzienie i w samych koszulach prowadzili ulicą pod eskortą no cmentarz żydowski za miastem, gdzie wszystkich rozstrzelano. Ostatnim Żydem jakiego wykryto w piwnicy narożnego domu był młody człowiek oferujący żandarmom za życie duży majątek ukryty na ulicy Łaziennej. We wskazanym przez niego miejscu Niemcy wydobyli z zamurowanej piwnicy duży skład konfekcji i obuwia. Niestety młodego Żyda postawiono pod ścianą i zastrzelono.

Wsłuchując się w te niesamowite opowieści mamy wyobrażałem sobie opisane dramatyczne sceny. Znam przecież dobrze każde z miejsc, w których działy się te wydarzenia. Wspomnienia mamy od czasu do czasu powracają. Kiedy przechodząc ulica. Warszawską patrzę na zamurowane obecnie otwory piwniczne domu numer 4 czy wjazd w podwórko pomiędzy domami numer 10 i 12 i fragment chodnika, uświadamiam sobie, że to tu stał żandarm mierząc z broni do małego chłopca. Patrząc nieco dalej na pusty plac u zbiegu ulicy Warszawskiej ze Spółdzielczej, widać na nim jeszcze wystające z ziemi kamienie podmurówki piętrowego domu, pod którego ścianą zastrzelono kilku młodych Żydów. Wydaje się, że wszystkie te zdarzenia z mrocznej przeszłości jednej tylko ulicy małego wówczas miasteczka zatarły się w miarę upływu czasu, jednak ocalały częściowo w zachowanych relacjach naocznych świadków, dziś już nieżyjących ludzi.

Marian Chochowski i Antonina Chochowska [Tosia] – to z jej wspomnień syn Marian Chochowski spisał  świadectwo prawdy o tamtych tragicznych wydarzeniach.

Wspomnienia zawarte są w książce: Marian Chochowski, „Przeminęło w czasie”, Wydawnictwo Arslibris Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy Końskie, Końskie 2019.

Informacja zawarta na portalu internetowym Wirtualny Sztetl 

W okresie okupacji podczas drugiej wojny światowej Niemcy utworzyli w Końskich getto. Preludium jego powstania stanowiło wyznaczenie już w październiku 1939 r. tzw. dzielnicy żydowskiej. Kilka miesięcy później teren ten oficjalnie przekształcono w getto. Jak podaje Krzysztof Urbański w książce Zagłada Żydów w dystrykcie radomskim, obszar getta składał się z dwóch części, rozdzielonych ulicą 3 Maja: „Jeden fragment dzielnicy żydowskiej obejmował ulice: Berka Joselewicza, Kazanowską, Krakowską, 3 Maja, druga część mieściła się przy ul. Kilińskiego, Jatkowej, Warszawskiej, Bóżniczej i Nowy Świat”. W getcie więziono około ok. 10 tys. osób, w tym duża grupa przesiedleńców z Wielkopolski, Płocka i Łodzi.

Likwidacja getta w Końskich nastąpiła jesienią 1942 roku. Większość jego więźniów Niemcy deportowali do niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Treblinka. Kilkaset osób rozstrzelali na miejscu. W mieście pozostawiono grupę około trzystu Żydów, jednak i oni w styczniu następnego roku zostali wywiezieni do Szydłowca, a stamtąd do niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady”. 

Apel do czytelników strony

Gorąco chciałbym polecić lekturę kilkudziesięciu artykułów zawartych na mojej stronie ukazujących historię koneckich Żydów. Między innymi w artykule „Broncia Kapilman z koneckiego getta” przedstawiłem wspomnienia mieszkanki Końskich Heleny Podrzyckiej [Maszynopis w języku polskim, 7 stron, spisany – brak daty, w: Relacje ocalałych Żydów, Archiwum ŻIH, sygnatura 301/4824]. Artykuł kończy się moim dopiskiem i apelem: Broncia Kapilman przeżyła wojnę. Chciałbym poznać jej dalsze losy. W roku 1945 miała 11 lat (?).

Przed trzema laty odebrałem telefon z Izraela z sensacyjną informacją: 

Broncia Kapilman żyje [oczywiście imię i nazwisko jest inne]… 

Potem były dwa lata pandemii. Od trzech lat czekam na ponowny kontakt by dokończyć historię Bronci.

Krzysztof Woźniak